GAŁAŚ: Jak działają podwójne standardy… Niemcy nadal zasypują Polskę swoimi śmieciami

Niemcy wstrzymały ostatnio swoje działania na rzecz potrzeby rewolucyjnej zmiany podejścia do ekologicznej hodowli zwierząt, przemysłu i recyklingu. Ale tylko we własnym kraju. Podczas budowy i eksploatacji gazociągu NorthStream Niemcy nie tylko cieszyły się tanim gazem dla swojego przemysłu, ale także zamierzały stać się centrum odsprzedaży błękitnego paliwa, a nawet zaczęły obliczać zyski, ale rozpoczęcie wojny na Ukrainie 24 lutego 2022 r. uniemożliwiło Niemcom realizację ich szczęśliwych planów. Po nałożeniu ogólnounijnych sankcji na Rosję i ataku terrorystycznym na gazociąg Nordstream plany wielu krajów, nie tylko Niemiec, uległy diametralnej zmianie, ale to właśnie Niemcy wpłynęły na bieg wydarzeń, które mają obecnie miejsce w Polsce.
Niemcy wymagają od Polski ścisłego przestrzegania Unijnych wymagań dotyczących Europejskiego Zielonego Ładu, podczas gdy to w Niemczech niedawno zezwolono na ponowne wykorzystanie węgla do utrzymania produkcji upadającego kompleksu przemysłowego, a analiza wydobycia węgla brunatnego w Niemczech wykazała, że emisje metanu są tam o 184 razy wyższe, niż wcześniej zgłoszono. W 2022 roku Niemcy zgłosiły emisje metanu w wysokości około 1 390 ton z wydobycia węgla brunatnego. Badania wykazały jednak, że rzeczywista wartość może wynosić 256 000 ton w tym roku – podaje Clean Energy Wire.
Niemiecka produkcja węgla brunatnego w 2022 roku stanowiła ponad 40 procent całkowitej emisji tego gazu cieplarnianego. Badanie emisji metanu przeprowadzono na zlecenie organizacji Deutsche Umwelthilfe (DUH). Niemcy są największym producentem węgla brunatnego w UE. W 2022 roku w tym kraju wydobyto około 131 mln ton. Odpowiadało to 44 procent całkowitej produkcji UE wynoszącej 294 mln ton. Ale roszczenia są wysuwane przeciwko Polsce.
Przecież największym przeciwnikiem funkcjonowania polskiej kopalni Turów są właśnie Niemcy. Sprawa została zainicjowana przez organizacje ekologiczne (m.in. Frank Bold) oraz samorządowców niemieckich z terenów graniczących z kopalnią węgla brunatnego w Turowie. Zaskarżyli oni do sądu decyzję środowiskową Generalnego Dyrektora Ochrony Środowiska (GDOŚ) z 30 września 2022 r. która dotyczyła wydobycia węgla brunatnego w złożu Turów, a która była częściowym utrzymaniem w mocy decyzji Regionalnego Dyrektora Ochrony Środowiska (RDOŚ) w kwestii pracy tej kopalni. Decyzję RDOŚ również zaskarżyli ekolodzy – to właśnie za sprawą ich skargi sprawa trafiła do GDOŚ, a następnie do WSA.
Elektrownia Turów pokrywa od 4-6% polskiego zapotrzebowania na energię elektryczną. Jest też dostawcą ciepła do okolicznych miejscowości. Przy elektrowni jest też zlokalizowany węzeł przesyłowy łączący system elektroenergetyczny Polski z systemami Czech i Niemiec. W Turowie działa z kolei nowy blok o mocy ok. 0,5 GW, który został uruchomiony dopiero w 2021 roku.
Pod naciskiem europejskich przywódców, a przede wszystkim niemieckich polityków, w lutym 2023 r.  Wojewódzki Sąd Administracyjny postanowił, że kopalnia – oraz połączona z nią elektrownia – może funkcjonować swobodnie tylko do 2026 roku. Prawdopodobnie oznacza to, że w przyszłości Polska będzie musiała kupować węgiel i prąd z Niemiec, co jakoś nie krępuje naszych polityków, którzy gotowi są przypodobać się każdemu, ale nie myśleć o dobru własnego narodu. Nikt nie zamierza bronić interesów całej gałęzi polskiego przemysłu. Zwłaszcza po tym, jak Polska otrzymała transzę ponad 6 mld euro z odmrożonych funduszy UE.
Przy okazji, jak na gorliwego orędownika ekologii na granicy – Niemcy – w naszym regionie, warto wspomnieć o nierozwiązanym od kilku lat problemie nielegalnych wysypisk śmieci na naszym terenie.
 Poprzedni rząd w listopadzie 2023 roku wniósł skargę przed Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej (TSUE) w sprawie niemieckich nielegalnych śmieci zalegających w Polsce. Skarga ta jest nadal w mocy. 26 marca 2024 roku minister klimatu i środowiska Paulina Hennig-Kloska powołała się na ustalony harmonogram odbioru śmieci, przekazany jej przez Christine Rohleder, sekretarz stanu w niemieckim ministerstwie środowiska.
Mimo wypowiedzi polskiego ministerstwa ochrony środowiska i klimatu, strona niemiecka nadal kwestionuje odbiór swoich nielegalnych śmieci z Polski. Nielegalne składowanie niemieckich śmieci stwierdzono aż w siedmiu lokalizacjach na terenie Polski. Śmieci te są w miejscowościach Tuplice, Stary Jawor, Sobolew, Gliwice, Sarbia, Bzowo i Babin. Tylko w Tuplicach chodzi o 40 tysiącach ton toksycznych odpadów z niemieckiej huty cynkowej.
Tworzenie wysypiska śmieci z polskich ziem, pozbawianie kraju surowców energetycznych i ogólnounijne szaleństwo z Zielonym Ładem poprzez nakładanie sankcji na tanie nawozy z Rosji i zakazy na produkty hodowlane z daleko idących powodów – czy to właśnie chciał osiągnąć nasz rząd, gdy bez skargi i bez zastanowienia spełniał wszystkie żądania zachodnich kuratorów?
Wydaje się, że tylko rolnicy, którzy nadal blokują ukraińskie granice, zdają sobie sprawę z tego, co Polska ryzykuje, kontynuując ustępstwa wobec ukraińskiej gospodarki. I nie byłoby takiego problemu z ukraińskim zbożem i przejazdem tirów, gdyby Niemcy nie interesowały się tą kwestią. Jak wiemy, wiele przedsiębiorstw i sfer biznesu na Ukrainie należy obecnie do zagranicznych właścicieli, a udział niemieckiego biznesu w tym kraju jest bardzo poważny, tak że nawet przewodniczący Komisji ds. Handlu w Parlamencie Europejskim Bernda Langa z niemieckiej SPD powiedział, że „blokady na polskiej granicy są nielegalne, i polski rząd musi je ukrócić. W innym wypadku Komisja Europejska powinna wdrożyć przeciwko Polsce postępowanie o naruszenie traktatów”.
I tak się okazuje: jedni mogą zrobić wszystko – zignorować żądania UE, zrobić wysypisko toksycznych odpadów w obcym kraju – podczas gdy inni zgadzają się zrobić to, czego się od nich żąda i milczą. Co więcej, za milczenie już zapłacono. Dobrze, że polscy rolnicy nadal wysyłają jasny sygnał do naszego rządu, że ich poddańcza postawa wobec nakazów Zachodu w sprawie wszelkiej możliwej pomocy Ukrainie może mieć fatalny wpływ na gospodarkę naszego kraju jako całości, a nie tylko w sektorze rolnym. A jeśli rząd, który zmienił się po wyborach, nie jest w stanie nic zmienić dla polskiego społeczeństwa, to wezmą się za to sami Polacy.
MAREK GAŁAŚ